Franz (fragment)

Autor: Małgorzata Maciaszek, Gatunek: Proza, Dodano: 18 stycznia 2011, 19:53:41

1.

 

   Z dzieciństwa Franz pamięta zażenowanie. Matka stała przy płocie oparta o wbitą w zaspę śniegu łopatę i rozprawiała bezwstydnie o małym Franzu siłą odciąganym od półek z lalkami w pobliskim Peweksie. Poliki jej się rumieniły, a brzuch wzdymał od rosnącego bękarta. Gładziła się po wypukłym pępku, jakby próbowała wyczuć głowę dziecka prześlizgującego się wzdłuż ściany macicy. Złapać je i udusić. Uśmiercić jeszcze w łonie, by uniknąć kary.

   Franza brzydził widok ciężarnej matki. Czuł wstręt do jej rozdętego ciała, przelewającego się w fałdach ubrania. W zaciszu pokoju kładł jedyną lalkę, jaką posiadał, na podłodze, zawijał ją w koc i okładał ją kijem. Rytmicznie. Raz. Raz. Raz. Zdzierał z niej koc, odsłaniając wmontowany w plastikowe plecy mechanizm. Dzięki niemu, przy odpowiednim ułożeniu, zabawka wydobywała z siebie głos. Jak mantrę powtarzała: ma-ma-ma-ma. We Franzu wyzwalało to nowe pokłady agresji. Zaciskał mocniej wątłe paluszki na drewnianym kiju i bił lalkę po plecach, po głowie. W pokoju obok ojciec naprawiał telewizor.

   Czasem Franz wyciągał z biurka starą maszynę do pisania. Zakładał taśmę i pisał. Raport z minionego tygodnia, historię miłosną, bajkę, opowieść o wojnie. Armaty szalały... ponad horyzontem... Bomby w jego głowie spadały zawsze spektakularnie wybuchając. W puszczy... rozsadzały palmy. Potok dziecięcych myśli. Strumień infantylnej świadomości. Siedział skulony na klatce schodowej, ściskał maszynę do pisania zimnymi dłońmi i myślał, że zostanie znanym pisarzem. Myśli zagłuszały wołanie dzieci z podwórka.

   Potem, jako nastolatek wyobrażał sobie swojego młodszego brata. Jeździł z nim cadillakiem. Rano kąpali się w morzu i uprawiali surfing zalani promieniami wschodzącego słońca.

    Z sesji na klatce schodowej Franz pamięta strach. Lęk wciśnięty pomiędzy klawisze maszyny, paraliżujący palce. Każdy szmer stawał się powodem do ucieczki, kiedy w małej, jasnowłosej główce Franza pojawiał się obraz zbliżającego się dziadka. Podstarzały emeryt w wytartych kapciach wypatrywał wnuka na korytarzu. Przyłapawszy chłopca na gorącym uczynku, wytaczał się jak amfibia, ledwie mieszcząc się w drzwiach, w podartych kapciach, w spranych spodniach, w kraciastej koszuli z flaneli i góralskiej kamizelce, na klatkę schodową. Stawał naprzeciw niego i rozpoczynał swój WIELKI ELABORAT. Wypowiedź godną niejednego starożytnego retoryka. Mowę ociekającą jadem, rzężącą złością, gruchocącą kości przeciwnika, którym stawał się przypadkowo będący pod ręką Franz. Franz w myśli wgryzał się staruchowi w gardło, przecinał siekaczami tętnicę, krew sikała, a on nie wzywał nawet karetki. Dziadek konał, błagając o litość. Przepraszał w męczarniach za złe słowa, za wszystkie „kurwy” pod adresem synowej, za wszystkie: „bękarty”, „kujony”, „o! Czego się popisujesz?”, „czego się pędraku chwalisz tą maszyną?”, „to ty umiesz pisać?”, „co ty, w ogóle, kurwa, umiesz?”, „nic tu nie jest twoje, zapamiętaj to sobie, nic ci się nie należy”, „niczego nie wolno ci w tym domu tknąć”, „w przeciwnym razie, wypierdalaj!”. Trucizna wwiercała się w głowę Franza latami. Puchła. Słyszał donośny głos dziadka odbijający się echem od ścian ciasnego korytarza we śnie i na jawie. Nigdy nie pozbył się wspomnienia ciężkiej barwy głosu starucha, nawet po wielu latach oglądając jego grób.

   Młodszy brat Franza urodził się martwy. Ciało znikło bez śladu, zakopane w gęstwinie korzeni dębu na miejskim cmentarzu. Pierwszą miłością Franza był mężczyzna, który siadał mu na kolanach i radośnie dokazywał jak dziecko. Franz mógł mieć wówczas ze dwanaście lat. Uczył się dobrze. Wykazywał nieprzeciętne umiejętności z języka polskiego. Wygrał parę konkursów literackich dla dzieci. Słabo szła mu matematyka. Nie radził sobie z geometrią. Dostał kiedyś trójkę z klasówki z geometrii. Ukrył to przed matką. Niecierpliwie czekał jej powrotu z wywiadówki. Gdy weszła do przedpokoju, uśmiechnęła się zawadiacko i poklepała Franza radośnie po ramieniu. A w rzeczywistości trzasnęła wściekle drzwiami i cały wieczór rozmawiała z Franzem. Omawiali przyczyny tak złej oceny i tak niepoprawnej reakcji chłopca na niepowodzenie w szkole. Tym sposobem Franz został utwierdzony w przekonaniu, że tylko piątki się liczą, one budują poczucie własnej wartości. Język polski budował poczucie wartości u Franza. Literacko szalał, na co pozwalał mu młody nauczyciel. Rozprawka o Nirvanie. Wiersze o trudnym okresie dojrzewania. O schowku na szczotki. O trumnach. O czymś zielonym. Konkurs w Katowicach. Konkurs w Warszawie. I wygrana. Wyjazd do stolicy. S T O L I C A to brzmi dumnie! Franz płakał ze szczęścia, kiedy otrzymał list z informacją o nagrodzie. Położył się na dywanie w pokoju i wymachiwał rękami i nogami. Łzy ciekły mu po policzkach. Zapamiętał to uczucie do końca życia. Gonił za nim przez długi czas.

   Z wręczenia nagrody najlepiej pamięta kanapki zawinięte w celofan z kruchą sałatą i jakimś sosem, który wyciekał i poplamił mu spodnie. Pamięta nieduży stół, przy którym siedzieli nagrodzeni i wywiad w radiu pamięta! Poprosili go o krótką wypowiedź do mikrofonu. Zabłysnął i wyemitowali jego drżący głos opowiadający wszystkim Polakom o dziecięcych fantazjach. Ze stolicy pamięta Pałac Kultury i takie śmieszne rzeźby nieopodal, pozowanie do zdjęć przy przypadkowych zabytkach i Dworzec Centralny, rozedrgany i roztańczony, mroczny i fascynujący, brudny i cuchnący, tak pociągający, że aż nie warto było wychodzić na świat. Chciał zostać tu, pod spodem. Utonąć wśród szemranych grajków, odpłynąć z nimi jak najdalej od nastoletniej rzeczywistości. Franz był romantykiem. Fascynowali go hippisi z gitarami i styl grunge. Podarte jeansy nosił tylko w domu, bo rodzice mu nie pozwalali na zewnątrz. Nosił flanelowe koszule po ojcu i granatowy sweter. Wyciągał kraciasty kołnierzyk na wierzch i nie wciągał koszuli w spodnie. Włosy miał tłuste. Na glany rodzice się nie zgodzili. Czytał „My dzieci z Dworca Zoo” i chciał wyglądać jak narkoman. Oderwał etykietę z kropli do nosa i opowiadał wszystkim w szkole, że to heroina. Kiedyś pociął sobie przedramiona cyrklem, matka to odkryła i znowu długo z nim rozmawiała. Franz nie umiał się wytłumaczyć. Nie rozumiał, co tu tłumaczyć. Nie widział problemu. Matka go najwyraźniej widziała, ale nie poszła z Franzem do psychologa. Uważała, że jeszcze przyjdzie na to czas.

   Wyjazd do Katowic. Rodzice chcieli zwiedzić Częstochowę. Jasna Góra. Franz nic z tego nie pamięta. Ogląda zdjęcia i czuje, jakby przespał tę wizytę. Przezimował ją w środku wiosny. Franz w gruncie rzeczy nie lubił odbierać nagród. Nie lubił samego tego momentu wyjścia przed publikę i odebrania z czyichś dorosłych, uczonych dłoni stosu nagród i dyplomu. Wolał gdy były przysyłane pocztą. Przez listonosza. Otwierało się mu drzwi w kapciach i wołało mamę albo tatę a potem rozpakowywało się z zapartym tchem paczkę pełną niespodzianek.

   Lęk Franza przed publiką narodził się jesienią 1993 roku. Wówczas Franz po raz pierwszy zdał sobie sprawę z tego, że nie jest jedynie wyimaginowanym bytem w rękach rodziców, ale bytem cielesnym, z krwi i kości, z czterema kończynami, na którego WSZYSCY patrzą. Franz szedł szkolnym korytarzem. W czasie przerwy. Tłum. Ktoś, zupełnie nieistotny dla Franza, szedł obok i rozmawiał z Franzem. Nagle, Franz poczuł dziwny niepokój. Strach. Obawę. Spojrzenia obcych krążyły wokoło niego. Przylepiały się i ześlizgiwały ku dołowi, zawieszając się na seledynowych skarpetkach Franza wystających spod przykrótkich spodni dresowych z wytartego pluszu. Chciał uciekać. Ukryć się w ciasnej przestrzeni. Wcisnąć się. Pozbyć się dresu. I wrócić jak Alicja z krainy czarów. Nowo narodzony. Zmartwychwstały Franz. Jak feniks z popiołów. W zbyt ciasnym dresie Franz nie mógł byc feniksem, ani żadnym ptakiem. Zamiast tego, Franz czuł się beznadziejny. Człowiek nie z kategorii, ale z podkategorii. Miał beznadziejny piórnik zrobiony z etui na okulary mamy i był beznadziejny, jak ten piórnik z żółtego plastiku w srebrne prążki. Jakaś dziewczyna w klasie miała podobny i wszyscy mówili, że chowa do niego podpaski. Franz uważał, że to obrzydliwe.

   Ogarnięty lękiem Franz unikał kontaktu wzrokowego i gier zespołowych. Nie czuł się kompetentny do działania w grupie, bo grupa zawsze z jego powodu przegrywała, co budziło jeszcze większą niechęć grupy do Franza i agresję słowną wobec Franza. Na skutek braku sprawnego opanowania umiejętności: turlania piłki, skoków przez skrzynię, poruszania się na czworaka, biegu slalomem, stał się ofiarą mowy nienawiści. Perfekcyjnie symulował ból brzucha. Padał na podłogę przed szkolnym gabinetem lekarskim i wił się w udawanych konwulsjach. Szkolna pielęgniarka chciała go zdiagnozować w kierunku raka żołądka, ale matka nie wyraziła zgody na gastroskopię, co skończyło się makabryczną awanturą pomiędzy dwiema kobietami, z których żadna nie chciała dać wiary diagnozie tej drugiej (w obu przypadkach popartej empirycznie).

    Jeszcze większa trauma z dzieciństwa Franza to nauka pływania. Chlorowana woda nie wzbudzała w nim lęku, ale coś znacznie gorszego, dużo większego i odczuwanego intensywniej. Nie tylko śródskórnie, ale i podskórnie. Przed obowiązkowymi zajęciami, które odbywały się co tydzień w sobotę, Franz krążył natrętnie wokół telefonu, wyczekując w nadziei informacji o odwołaniu kursu. Rzadko marzenie się spełniało. Trzeba było wziąć się w garść, spuścić głowę i pomaszerować w kierunku Basenu Miejskiego. Stojąc na przejściu dla pieszych na ulicy Łódzkiej, Franz zawsze się wahał. Ogarniały go wątpliwości. Snuł plany. Miewał wizje o wypadku komunikacyjnym, któremu ulega i nie może tym sposobem dotrzeć na zajęcia. Zabiera go karetka, a matka w szpitalu przeprasza go za to, że musiał się uczyć pływania. Być może te przeżycia przyczyniły się do zakiełkowania w głowie dorosłego Franza natrętnej myśli o potrąceniu przez rozpędzony samochód. O locie martwego ciała ponad ulicą. Ostatnia próba wybicia się ponad przeciętność i upadek. Uderzenie i cisza. Absolutna cisza. Głuchota jego marnego życia, które nie wybrzmiało dostatecznie głośno, by ktoś o nim pamiętał. Nie będą go żegnały tłumy. Nikt nie napisze, że oto umarł Franz! Płaczcie dzieci pozostawione same sobie. Nikt nie będzie po nim ogłaszał żałoby. Wszystko odbędzie się tak, jakby Franz nigdy nie istniał. Przecież nie było nikogo takiego na świecie jak Franz. Nikt taki nigdy się nie narodził.

Komentarze (4)

  • kawał dobrej prozy:)

  • kawał dobrej prozy:)

  • To wygląda trochę tak jakby to pisał psychiatra bedący pisarzem, albo pisarz będący psychiatrą. Juz wiemy, że Franz wyląduje w szpitalu dla psychicznie chorych i zostanie wielkim poetą internetowym. Normalka.
    Zarówno pisarz jak i psychiatra bardzo dobrzy.

  • Cieszę się, gdy ktoś potrafi zająć się psychiką tak, jak trzeba. Franz jest przekonujący. To jak się zachowuje, jak ucieka, jak cierpi, jak zabija go świat na zewnątrz i świat wewnątrz. Jednak można uciec od schematycznych opisów cichych dramatów gówniarzy i tych, co wkraczają dopiero w życie, i pokazać problem bardziej przekonująco. Przynajmniej tutaj bohater jest autentyczny, a to już bardzo wiele.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się