Franz (fragment nr 5)

Autor: Małgorzata Maciaszek, Gatunek: Proza, Dodano: 24 lipca 2011, 17:36:10

   Przez tydzień bez przerwy padało. Nieustanny opad. Wszystko zaczęło pachnieć wilgocią. Cuchnąć wodą. Historie spływają po Franzu. Od czubka głowy do pięt. Do pięt wbitych ciężko w podłogę. Franz! Nie odciśniesz śladu w betonie. Nowo narodzony. Nowo ochrzczony Franz. Nowo wykształcony. Wymodelowany. Jak lalka z gliny. Na nowo wtłoczony we wspomnienia. Zaczynamy od początku. Raz jeszcze. Franz i WIELKA LITERATURA. Podejście drugie. Za pierwszym razem publika była nie usatysfakcjonowana. Na nowo wtłaczamy Franza we wspomnienia. Na nowo wkręcamy w wersety wiersza „Fortepiany nie lubią wakacji”. Bo tak to przecież kurwa było! Nie inaczej. Przygarbiony bardziej. Skurczony, dorosły Franz w małym, za ciasnym ciele dwunastolatka trzęsie się ze strachu. Na scenie. Patrzy z niepokojem na rozpromienione twarze widzów. Tysiąc słońc. Tysiąc gwiazd oślepia go najjaśniejszym lśnieniem. Franz! Obudź się! Wyjdź im naprzeciw. Złap byka za rogi. Złap ich za nogi. Pociągnij i potrząśnij. I nie puszczaj już. Trzymaj w żelaznym uścisku socjalizmu. Socjalizacji. Przecież mieli mnie uczyć literatury! Mieli mnie nauczyć, jak zostać WIELKIM PISARZEM! I co zrobili z warsztatów humanistycznych? Warsztaty teatralne zrobili. Urządzili sobie. Mnie! Gwałtem! Pod groźbą. Przecież ja się boję ludzi!

-Franz, Franz... skup się – chudy mężczyzna w kraciastej koszuli spogląda na Franza zza grubych szkieł okularów. Chudość owinięta kratą jak warstwą izolacyjną. Przewód elektryczny. Przewodzi przez palce do głowy Franza. Do samego środka. - Franz! Franz! Czy mnie słyszysz? - Franz podnosi oniemiałe z wrażenia oczy na szofera w kratę. Śledzi jego niejednorodne ruchy. Poszarpane zgięcia. Jak pognieciona kartka papieru – Franz! Spójrz na płomień świecy! - Szofer, jak królika z kapelusza, wyciąga prawie gromnicę. Prawie gromnica kole Franza w oczy, tak że musi je zmrużyć. I prawie gromnica w tym rozmazaniu przypomina mu już zwykłą gromnicę. I czuje się jak na ołtarzu. Na ołtarzu sztuki. Składa po raz setny, w swoim krótkim życiu dwunastolatka, ofiarę. - Franz, patrz teraz uważnie i powtarzaj za mną... a... - a – Nie! Nie tak! Nie sap jak lokomotywa! Gubisz a w wydychanym powietrzu. Ma być... a... patrz na płomień! - Franz wpatruje się oniemiałymi z wrażenia oczami w płomień świecy, który się nie poruszył. - Teraz Ty. - Franz zbliża filigranowe, nieskalane usta glinianej lalki do świecy. Nie tak blisko Franz, bo się stopisz. Wtedy wszyscy odkryją, że nie jesteś prawdziwy. Gliniana kukła. Podróba. Franz zbliża usta do świecy. Rozchyla misternie wargi i wypowiada bezpowietrzne a. Potem o, e, i, u. Jego ekspresja bezpowietrznych samogłosek olśniewa szofera w kratę. Krzyżówka w kratę. Czarne linie i czarne kwadraty spadają gradem w umyśle Franza, kiedy stoi przerażony przed najjaśniejszą z jasnych publicznością podczas końcoworocznego przeglądu uczestników warsztatów humanistycznych. Zróbmy im przegląd! Toreb i plecaków w poszukiwaniu marihuany. Zróbmy im przegląd myśli w poszukiwaniu ateizmu, antysemityzmu i postmodernizmu. Pierdolić wszystkich tych, którzy nie chcą Franza publikować! - to myśli Franz, ale nikt go nie przejrzy. Nikt go nie przejrzy, bo jest niewzruszony. Nieporuszony. Nie drgnie. Nie poruszy nawet powieką. Przerażenie buduje wokół niego mur, przez który nie sposób się przebić. Superheroe! Nieodkryty. Nieodgadniony. Franz w trakcie przeglądu prezentuje radosną twórczość Wandy Chotomskiej. Z Franza próbują zrobić aktora. Franz Ryszard Trzeci. Mierny aktorzyna. Aktorzysko. Warsztaty humanistyczne uczyniły ze mnie przeciętnego malarza. Nawet nie aktora. Wtedy choć trochę miałbym wspólnego z literaturą. A tak? Palmy. Gówno warte plamy. Sam ich na ścianach nie wieszam. Franz w trakcie przeglądu prezentuje również smutną twórczość Władysława Broniewskiego. Zapomina kilku wersów i myli kroki. Czuje się skompromitowany. To jednak nie ostatni taki występ Franza. Franz czuje do siebie wstręt. Ma ochotę wyjąc plastikowego kałasza i rozstrzelać się spektakularnie. Krew będzie sikać jak u Tarantino.

   Na warsztatach humanistycznych Franz zazdrości Yako. Yako jest duży, nosi begi i przyjaźni się z Mario. Razem chodzą na rampę, malują graffiti i słuchają Kalibra 44 i Paktofoniki. Mają takie fajne hiphopowe podpisy, które ofiarowali kiedyś Franzowi. Autografy na kartce w linie. Yako i Mario. Mario i Yako. Yako chce zostać aktorem. Mario – żoną Yako. Tak, bo Mario to dziewczyna. Najbardziej męska, cool dziewczyna jaką zna Franz. Roztacza wokół siebie aurę, która przyciąga nie tylko Franza, ale i wielu innych. Inni chcieliby poznać Mario bliżej. Zajrzeć jej do środka. Ale ona pokazuje się tylko Yako. Przeczesuje wtedy swoje krótkie włosy, zdejmuje za dużą koszulę, za duże spodnie i za duże buty. I staje w całej okazałości przed Yako. Jak przed lustrem.

   Wiele lat później, może dziesięć, Franz zobaczy zdjęcie Mario w welonie na okładce lokalnego dziennika. Pod zdjęciem przeczyta ckliwą i tandetną historyjkę o wielkiej miłości Mario i takiego-to-a-takiego Pana Aktora z Warszawy. Takiego-to-a-takiego. Może i nawet znanego. Ale nie Yako. Na mniejszym zdjęciu obok zobaczy Polę. Rudą staruchę, która próbowała go kiedyś nauczyć gramatyki języka polskiego. Dwa, może trzy lata wcześniej zobaczy w telewizji Yako. W programie poświęconym edukacji w polskich szkołach teatralnych. Yako - jak zwykle duży, jak zwykle w begach, dziwnym, jakimś takim dziadowskim krokiem przemierzał będzie salę ćwiczeń. Sala ćwiczeń i gestykulacji. Co się z wami stało?

   Przyjaciele moi! Gdzie jesteście? Gdzieście się podziali? Szukam was pod stołem i za szafą. I w głowie mojej. Za oczami. Za ustami. Pod uchem. Gdzie do cholery sobie poszliście? Nie zostawiajcie mnie samego. Na pożarcie. Przyjaciele moi, wybaczcie. Te oszczerstwa. Wcale tak nie myślę. Myślę tak w głębi. A do głębi i tak nikt nie ma dostępu. Zakaz wstępu! Wejście na teren grozi śmiercią lub poważnym uszkodzeniem ciała. Uszkodzenie umysłu. Franz, uszkadzasz sobie głowę tymi historiami. Jeszcze jedna. Jeszcze chociaż raz. Jeszcze Selenę z siebie wyrzucę. Na wierzch wypluję. Splunę jak śliną. Płyny ustrojowe. Wymienialiśmy i owszem. Selena, dwa lata starsza. Miała dredy. I kurewstwo we krwi. Gen kurwy. Brakujący smak na języku. Jak u Japończyków enzym w żołądku. Selena podeszła do Franza w czasie przygotowań do obchodów święta patrona. Miała być też rocznica szkoły obchodzona. Mieli być absolwenci. Ale była przede wszystkim Selena, która przesunęła palcem wzdłuż jego pleców. Poczuł szyderczy dotyk na każdym kręgu. Na każdym z osobna. W każdej warstwie. Do Franza podeszła wtedy Mario i szepnęła na ucho „uważaj”, ale już było za późno. Urok został rzucony. Przeszyty na wylot Franz. Ugodzony. Przewracał się z boku na bok nerwowo na łóżku zamiast uczyć się na sprawdzian z fizyki. Pierwszy sprawdzian z fizyki w liceum Franz, a ty go zawalasz. Przez jakąś tam, jak jej tam? Selena. Naucz się wreszcie. Selena. Stała w wyciągniętym swetrze i kleiła z papier mache głowę Jagiellonki i głowę Kopernika. Na cześć patronów. Na cześć przybyłych absolwentów dwie zielone głowy kłaniały się w auli. Wciśnięte pomiędzy paprotki. Na podnóżkach, tuż przy schodach. Zielone. Jak kosmici. Przybysze z innej planety. Szalone wariacje Seleny na temat patronów znienawidzonej szkoły. Selena artystka. Grała na skrzypcach i fortepianie. Chodziła z wielkim pudłem na skrzypce po szkole i w czarnym płaszczu. Stawała naprzeciw Franza, kiedy miał już wracać z przerwy na lekcję i zalotnie, niby przypadkiem wciskała mu to wielkie pudło między nogi. Jak i wielu innym. To zależy pod jaką salą akurat wylądowała ze swoim pudełkiem. Selena starała się o występ na festiwalu jazzowym. Selena kochała jazz. Napisała kiedyś recenzję koncertu jazzowego. „Próba przed koncertem jazzowym jest potrzebna jak piersi zakonnicy i jaja papieżowi”. Franz próbował przerobić tekst. Zawalczyć, żeby został opublikowany w szkolnej gazetce, ale po usunięciu wszystkich wulgaryzmów i kontrowersji, niewiele z niego zostało. Pieprzę cię, Franz! Jesteś kretynem! Dajesz się wodzić za nos dyrektorce i radzie pedagogicznej. Chodź ze mną i ze Srozofem. My cię nauczymy. Jak żyć. Srozof... Srozof miał dużo pryszczy i wyglądał parszywie. Jak jaszczur. Próbował schować się w puklach włosów. Zaczesywał je palcami na czoło, na oczy, na policzki naciągał. Zawsze chodził ubrany na czarno. Miał czarne glany. Mówił cicho. To Selena powtarzała głośniej jego nieprzyzwoite poglądy. Bo widzisz Franz, to jest tak jak mówi Srozof. Petting jest lepszy niż necking. Wiesz co to jest petting Franz? Selena cmoka ze zdziwienia i kręci głową. No, no, no... nie ładnie Franz. W tym wieku nie wiesz tak podstawowych rzeczy. Srozof, wytłumacz mu! Rozkazuje, wymachując palcem. Srozof mruczy coś pod nosem. Pieściłeś kiedyś dziewczynę Franz? Nie wiem! Co Ty w nim widzisz Selena? W tym parszywcu. Co ty z nim robisz Selena? Co ty z nim robisz, kiedy ja nie patrzę? Kiedy ja nie widzę, co robisz z innymi? On mi robi matmę, odpowiada Selena. Bez cienia wstydu. Wkrótce Srozof został Selenie brutalnie odebrany. Bo w mury liceum wkroczyła Mabel.

Komentarze (1)

  • Ciekawa linearna skojarzeniówka, ale czy nie ma Pani wrażenia, że między początkiem a końcem fabuły tekstu jest pewien rozdźwięk...

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się