Organiczne

Autor: Małgorzata Maciaszek, Gatunek: Proza, Dodano: 16 sierpnia 2010, 11:46:40

4:30 Po długiej i bezsennej nocy zasypiam wreszcie w rogu łóżka, skulony i zawinięty w prześcieradło. We śnie zostaję zamknięty w sześcianie.

Wchodzę po schodach ciągnących się wzdłuż ścian bryły i wydostaję się na wierzch. Przy stołach uginających się pod ciężarem wymyślnych potraw siedzą elegancko ubrani ludzie. Przeciskam się pomiędzy nimi i kieruję się w stronę ustawionych w dwóch rzędach krzeseł, na których miejsca zajęło kilka osób. Ponad nimi góruje ława sądowa. Sędzina w wypłowiałej todze spogląda na mnie wyczekująco. Poruszam ustami, ale robię to zbyt wolno i nie potrafię wypowiedzieć żadnego słowa. Wydobywam z siebie głośny bełkot, który budzi odrazę na twarzy sądu. Wywraca oczami i nerwowo przeczesuje włosy, w końcu zniecierpliwiona wskazuje palcem horyzont za moimi plecami.

Dwóch osiłków łapie mnie pod ręce i prowadzi w wyznaczonym kierunku. Kiedy uświadamiam sobie, co mnie czeka, zaczynam się bezradnie szarpać. Wycieńczony nierówną walką, opadam z sił i pozwalam się wlec nad brzeg przepaści. Ostatni raz spoglądam za siebie, na ogród zamknięty obwodem kwadratu i skaczę.

Z początku wznoszę się, dzięki czemu mogę przyjrzeć się pozostałym ścianom – są czarne, jakby pokryte smołą. Po osiągnięciu krytycznej wysokości, zaczynam spadać. Pomimo dużej szybkości udaje mi się zobaczyć spodnią powierzchnię bryły – przyczepiony jest do niej ubrany na biało człowiek. Ma szpiczastą bródkę i binokle. Pieszczotliwie dotyka dłońmi jednego z brzegów prostopadłościanu. Kiedy obiekt niknie w oddali, zaczyna mnie otaczać zupełna ciemność.

 

4:35 Owijam się szczelniej prześcieradłem.

 

9:30 Wstaję, po omacku ubieram się, przyczesuję resztkę włosów i wychodzę.

 

9:52 Autobus przyjeżdża spóźniony. Zajmuję miejsce obok chłopaka w żółtej czapce i wytartej kamizelce. Staram się skupić uwagę na książce, ale siedzący obok wierci się i stale zaciera ręce. Trze dłonią o dłoń w zwycięskim geście. Pachnie naftaliną. Nerwowo połykam ślinę i zaciskam zęby, czepiając się pojedynczych słów na stronie.

Gdy z trudem docieram do ostatniego zdania, zaczyna na głos deklamować: lunedi, martedi, mercoledi, giovedi, venerdi, sabato, domenica, lunedi, martedi... Oburzony odwracam w jego stronę głowę i spostrzegam, że jest nie z pełna rozumu. Ma małe skośne oczy, wydatną dolną wargę, którą delikatnie porusza i wystający z ust, przerośnięty język. Z trudem ukrywam odrazę. Przez resztę drogi walczę ze sobą, żeby nie zrobić mu krzywdy.

 

10:50 Staję przed przeszklonym wejściem do szpitala. Z wnętrza dociera do mnie gęste, wilgotne powietrze. Waham się przez moment, po czym przekraczam próg. Na wprost, za niepokojąco czystą ladą, siedzi podstarzała pielęgniarka i spogląda na mnie podejrzliwie zza grubych szkieł okularów. Zsuwają się jej powoli po wąskim nosie przysłaniając wystające kości policzkowe. Śledzi mnie wzrokiem. Czuję ciężar jej spojrzenia na plecach, kiedy zagłębiam się w długi korytarz prowadzący na klatkę schodową.

Mijam nienumerowane rzędy drzwi pozbawione klamek. Białe jak prześcieradła, niezapisane strony biografii ludzi zamkniętych w czterech ścianach pustych pomieszczeń. Przyspieszam kroku. Cienie uwięzionych w pokojach postaci wysuwają się spod drzwi. Niewyraźnie majaczą na podłodze korytarza. Drżą. Chwytają moje myśli. Każdą z osobna, oderwaną, pozostawiam na posadzce.

Na klatce schodowej mijam kobietę w nocnej koszuli. Przykucnęła nieruchomo na parapecie otwartego okna. Wychudzony korpus z trudem podtrzymuje głowę, którą zwiesiła jak sęp między skrzydłami. Na mój widok odwraca się gwałtownie odsłaniając przyobleczone w obwisłą skórę nogi. Wychyla się przez okno i macha do nieobecnej osoby owiniętą bandażem ręką. Materiał rozwija się i trzepocze szarpany przez wiatr. 

Na kolejnym półpiętrze stoi mężczyzna w eleganckim garniturze. Słońce padające przez zamknięte okno oświetla jego podbarwioną na brązowo, kamienną twarz. Ciemne, kraterowate plamy na policzkach odznaczają się na tle białej koszuli. Nerwowo zerka na zegarek. Czas mija. Na ostatnim półpiętrze stoi pusty wózek inwalidzki z przerzuconą przez oparcie kurtką. Przyglądam się rękawom ciężko zwieszającym się ku betonowej podłodze. Brakuje kilku guzików z przodu, przy kołnierzu - zgubiłem je w pracy. Oderwany strzęp materiału na prawym łokciu - przypomina o tym, jak spadłem ze schodów. Plama na plecach - nie chciała zejść.

Przyglądam się okryciu z bliska. Nie wiem, które jest prawdziwe: czy to porzucone, czy to, które mam na sobie. Podnoszę wzrok i napotykam okno otwarte na oścież. Niepewnie zbliżam się do brudnego parapetu. Na wprost widzę ścianę budynku, który stanowi odrębną część szpitala. Ześlizguję się wzrokiem po czerwonych cegłach co raz niżej. Roztrzęsiony wychylam się, by spojrzeć w dół.

- Co pan robi?! – słyszę piskliwy głos za plecami. – Proszę natychmiast zamknąć okno!

Na klatkę schodową wbiega pielęgniarka. Chcąc uniknąć niepotrzebnych pytań, pokonuję szybko ostatni odcinek schodów i wychodzę na jasny korytarz najwyższej kondygnacji, gdzie mieszczą się gabinety lekarskie.

 

11:15 Wchodzę do przestronnego gabinetu. Pod ścianą za dębowym biurkiem siedzi lekarz i wertuje dokumenty opatrzone moim imieniem i nazwiskiem. Siadam na niskim taborecie, a on nieśpiesznie wstaje i podchodzi niepokojąco blisko. Każe mi unieść głowę. Spoglądam w górę - w prawym rogu sufitu rozrasta się palczasty, żółty zaciek. Przechyla mnie w bok. W milczeniu przygląda się guzowi, który mam na szyi. Zakłada rękawiczki i zaczyna go naciskać. Cofam głowę urażony. Wychodzi z pokoju, a ja podchodzę do niewielkiego lustra zawieszonego nad umywalką.

Naciągam skórę na szyi. Chwytam ją palcami i ciągnę mocno ku górze. Przyglądam się badawczo prześwitującej na zielono zmianie. Naciągam mocniej - guz ujawnia swoją chropowatą powierzchnię. Medyk wraca. Mówi niewiele. Oszczędnie dobiera słowa. Długo zastanawia się zanim znów otworzy usta. Wypowiedź rozciąga się i wije w przestrzeni, to, co wypowiedziane dryfuje w narastającej pustce.

Diagnozę pozostawiam zawieszoną w nieskończoności codziennie wypowiadanych w tym pomieszczeniu złych wiadomości. Jak reagują inni? Odetnijcie mi głowę, bo guz się rozrośnie. Odmawiam przyjęcia do szpitala. Zabieram dokumenty i wychodzę. Lekarz zmęczony i zrezygnowany pozostaje bez ruchu za biurkiem.

Przebiegam przez korytarz i zatrzaskuję za sobą drzwi klatki schodowej. Przeskakuję stopnie, żeby jak najszybciej dostać się do okna. Otwieram je i wychylam się łapczywie połykając powietrze. Uspokojenie przychodzi po kilku wdechach. Tępo obserwuję ścianę budynku stojącego na wprost. Pod jednym z okapów ptaki uwiły sobie gniazdo. Inne przechadzają się po dachu. Cegły umieralni tętnią życiem rozrastającego się bluszczu.

Szukam miejsca na ziemi, z którego wyrasta roślina. Zamiast życiodajnych korzeni napotykam wzrokiem na ułożone w nienaturalnej pozie ciało. W dole, na pustym miejscu parkingowym leży człowiek. Zbiegam przerażony na parter. Z trudem pokonuję ból. Kulejąc mijam zaskoczoną rejestratorkę i skręcam za rogiem, żeby dostać się jak najkrótszą drogą na parking. Kiedy wreszcie docieram na miejsce zdarzenia, nikogo nie znajduję. Nie ma śladu niczyjego upadku. Zaniepokojony spoglądam w górę. Wychudzona kobieta macha do mnie owiniętą bandażem ręką.

 

13:42 Niebo z początku blednie, potem staje się złowrogo szare. W końcu spowite popiołem pęka i wylewa nad miastem przezroczysty deszcz. Przystaję i wyciągam szyję pozwalając wodzie spływać za kołnierz kurtki. Czuję delikatne pulsowanie na szyi – guz tętni, wzrasta, zachodzą w nim podziały komórkowe.

Tysiące elementów układa się, by stworzyć dojrzały pąk, który będzie gotowy do przebicia się na powierzchnię. Skóra napina się, rozszerza i otula kiełkujące nowe życie. Zapewnia mu ciepło. W mroku przygotowuje się do nowej, nieznanej rzeczywistości. Kształtuje się wczepiony w mięśnie i naczynia. Nabieram głęboko powietrza.

 

15:50 Słońce prześwieca przez przydymione szyby i zalewa pojedynczymi refleksami zakurzoną pracownię. Na wprost, w półmroku stoi podstarzały laborant i przygląda mi się z głębi twarzy porośniętej skołtunioną brodą, jak zwierzę z ukrycia, gotowy do ataku. Wyczekująco przeczesuje pożółkłymi paznokciami zarost. Jego dolna warga odrywa się od górnej. Powoli rozchyla usta i wydaje się, że wreszcie coś powie, ale pozostawia mnie w niepewności. Marszczy czoło. Zastyga w milczeniu. Refleksy prześlizgują się po nim, upłynniając zarys jego cienia, który rozlewa się granatem na drewnianej podłodze. 

 

15:56 Ignoruję jego obecność i siadam przy stole. Wyciągam pogniecione notatki z kieszeni kurtki i włączam służbowy komputer. Snop zielonego światła pada na twarz. Wlewa się przez oczodoły do wnętrza głowy z rzędami cyfr i wzorów. Laborant spogląda spode łba. Słyszę wyraźnie jego ciężki oddech, który powoli, coraz szczelniej wypełnia przestrzeń pracowni. Powietrze gęstnieje. Czuję wstręt do jego zwierzęcej fizjonomii. Jest krępy, przygarbiony. Rozprasza mnie.

 

16:04 Wstaję. Powoli, prężąc się i napinając podchodzę do niego. Staję tuż przed nim, dostatecznie blisko, by poczuł mój szeleszczący oddech na policzku. Chcę go uderzyć. Uchyla się zwinnie, zgina w pół, obraca i odpowiada szybkim ciosem. Padam na ziemię, powoli, podtrzymywany przez opór powietrza. Podnosi mnie za klapy kurtki i stawia do pionu. Czuję ciepłą strugę krwi spływającą z nosa.

- Po co wróciłeś? – odzywa się wreszcie piskliwym, nieprzyjemnym głosem.

Uśmiecham się i wycieram rękawem usta. Zauważa guz na mojej szyi. Dotyka go palcami. Z podziwem przesuwa dłonią po jego nierównej powierzchni tak, jakby starał się zapamiętać każde wygórowanie.

- To nieprawdopodobne… – mamrocze niewyraźnie. Usta sklejają mu się przy ostatniej sylabie. Pociąga nosem i zaczyna z niecierpliwością przestępować z nogi na nogę, wykonuje przed odejściem rytualny taniec. Odsuwam się z odrazą. Nieruchomieje i patrzy na mnie oniemiały z wrażenia, zawiedziony myśliwy, któremu po raz kolejny wymknęła się zwierzyna. Odchodzi z pustymi rękami i zatrzaskuje za sobą metalowe drzwi. Zostaję sam. Spoglądam na swoje odbicie w brudnym oknie. Guz zmienił się. Przez cienką powłokę skóry zaczęły prześwitywać czerwone płatki.

 

16:16 Rozprostowuję pogniecione kartki i układam jedna obok drugiej w odpowiedniej kolejności na biurku. Wpisuję starannie wyznaczony wzór do komputera. Maszyna powoli wyrzuca z wnętrza rzędy cyfr. Przepływają jasnym strumieniem od góry ekranu i wylewają się na biurko. Staram się spisywać niektóre z nich, ale nie nadążam. Zawiedziony notuję kilka ostatnich na wymiętej, poplamionej krwią kartce i chowam do kieszeni kurtki. Resztę kasuję z pamięci komputera.

 

18:36 Wchodzę do sklepu. To jedna z tych obskurnych blaszanych budek, których tyle wyrosło w ostatnim czasie wokół Placu Wolności. Brzydota ukryta jest pod warstwą żółtej emalii niestarannie położonej na rdzę. Przy drzwiach na plastikowym krześle siedzi spocona i czerwona na twarzy, podstarzała kobieta, która jak cerber strzeże wejścia do rozpalonego wnętrza. Przygląda się uważnie każdej, przekraczającej próg jej królestwa, osobie. W środku przechadza się niska sprzedawczyni. Dumnie wypinając pierś do przodu, sunie powoli wzdłuż ustawionych pod ścianą półek. Zadziera głowę i nieomal rozkłada różnobarwny pawi ogon sklejony z pustych opakowań spożywczych. Mijając ją, patrzę z nieskrywanym podziwem, ale nie obdarza mnie spojrzeniem. Wzrok wbiła w stalowy sufit. Królowa kiczu i ułudy podchodzi nieśpiesznie do lady i słyszę jak krople potu zaczynają spływać po jej czole. Powietrze wydmuchiwane z nosa skrapla się i zwilża wargi. Z odrętwienia wyrywa mnie drżenie. Podłoga kiosku trzęsie się - do środka wtacza się tęgi mężczyzna. Staje tuż za mną i zaczyna mnie otaczać intensywny zapach jego ciała. Staram się wstrzymać oddech, odsuwam się, ale nadal jesteśmy zbyt blisko siebie. Nasiąkam jego wonią, ginę w mieszance ciągniętych przez niego wspomnień mijającego dnia. Dotykam z niepokojem szyi i wybiegam przerażony.

 

 

20:10 Zatrzaskuję za sobą drzwi mieszkania i przystawiam krzesło. Odsuwam krzesło i z trudem blokuję drzwi wejściowe szafką. Zmęczony siadam przy stole. Rozglądam się po pustym pomieszczeniu, surowych gipsowych ścianach, zimnej betonowej podłodze. Resztki światła dziennego wdzierają się do środka przez okna. Czuję na sobie ostre spojrzenia obcych ludzi mijających kamienicę. Ich cienie wpadają do środka, krążą po pokoju i bez słowa uciekają na zewnątrz, by dostarczyć uciechy wścibskim przechodniom.

W sąsiednim pomieszczeniu, za szafą odnajduję resztki niewykorzystanych tapet. Wyciągam papiery zawinięte w stare, pożółkłe gazety. Rozpakowuję bladoniebieskie okleiny z wytłoczonym ornamentalnym wzorem. Rozprostowuję i układam na podłodze jak dywan, którego nigdy nie miałem.

Nagły ból pozbawia mnie sił. Narasta z każdą chwilą. Leżę zwinięty i roztrzęsiony na niebieskiej wykładzinie. Szamoczę się. Zaciskam pięści i bezsilnie czekam aż guz przestanie gwałtownie rosnąć. Próbuję się podnieść, ale silna fala skurczów wciska mnie w podłogę. Unieruchomiony, jak w potrzasku, wymachuję bezradnie dłońmi. Chwytam niewidzialne podpory i zaciskam ręce w próżni. Rozluźniam ucisk i czuję ciepło na szyi. Powoli ból mija. Guz przebija się przez skórę. Muszę się spieszyć.

 

22:08 Dokładnie mierzę i przycinam tapety. Biorę młotek i powoli zaczynam przybijać papiery do ram okiennych. Kiedy okna znikają za prowizoryczną ścianą, przysuwam do niej regał. W pokoju zapada ciemność. Przy świetle latarki wyciągam z kieszeni zmięte kartki zapisane cyframi wygenerowanymi przez program komputerowy, na podstawie ułożonego przeze mnie wzoru. Są świadectwem mojej obecności, przestrzeni jaką zająłem będąc człowiekiem. Dryfuję teraz ku innym formom bardziej wyrafinowanego życia.

Przepisuję je na czystą kartkę i staram się zapamiętać. Piszę je raz jeszcze, tym razem z pamięci. Wyrzucam wszystkie kartki, a cyfry ożywają we mnie i tłoczą się formując mój własny obrazy przesuwający się przed oczami jak sen.

 

23:10 Opuszczam pomieszczenie przez niewidzialne drzwi i spoglądam na swoje odbicie w lustrze. Skóra pokrywająca guz staje się przezroczysta i lśniąca. Z podziwem przesuwam palcami po rodzącym się ze mnie nowym życiu. Naskórek różowieje i marszczy się jak strzęp materiału. Na chwilę guz zapada się w głąb szyi. Nie mogę złapać oddechu.

Krztuszę się i połykam powietrze. Ucisk mija, a ja prostuję się i zuchwale spoglądam na swoje odbicie w lustrze. Uśmiecham się na widok pękającej powoli skóry – ustępuje pod naporem łodygi wyrastającej z wnętrza guza. Czuję drętwienie, które pozwala mi wytrzymać ból. Łodygę wieńczy czerwony pąk, który w miarę wzrostu pędu, otwiera się.

 

00:47 Oczarowany wpatruję się w swoje odbicie, które ożywa otaczane przez zielone liście i czerwone pędy. Gałęzie rosną rozrywając skórę i zabierają coraz więcej energii. Siadam wykończony na podłodze. Roślina rozrasta się i sięga prawie do podłogi. Radośnie dotykam liści. W pomieszczeniu rozlewa się słodka woń otwierających się kwiatów. 

 

1:03 Wycieńczony zasypiam na podłodze. Jestem we śnie.

 

03:50 Rozlega się głośne pukanie. Milczę. Ktoś uderza pięścią w drzwi. Po chwili znajomy głos odzywa się z wnętrza klatki schodowej:

- To ja. Wpuść mnie. Wiem, że tam jesteś.

Komentarze (3)

  • Niespełna rozumu.

    Bardzo dobrze się czyta. Rozczarowuje lekko zakończenie. Słynne zdanie z "Rozmowy z kamieniem" Szymborskiej, choć będące przecież głosem Autorki - moim zdaniem - należy przemodelować.

  • Ileż detali. Bryły, przedmioty, kawałki ciał. Nie wiem czemu, ale najbardziej wrył się w moją pamięć kolor żółty: czapka, emalia na budzie, gazeta.

  • Bardzo ładnie to wyszlifowałaś. Czekam na następne.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się